przeprowadzka na Kretę – minusy

with Brak komentarzy

Przeprowadzka na Kretę … tym razem minusy. Post emigracyjny Marka rozbił bank (ponad 450 polubień, ponad 120 komentarzy). Jesteśmy w szoku, że ten temat okazał się tak fascynujący. Chyba wszyscy potrzebujemy pozytywnych treści w ten dziwny, ciemny czas. Dziękujemy za tyle komentarzy, za tak serdeczny odbiór.

Nie wiem jak nam pójdzie tym razem, ponieważ jak to Marek obiecał w artykule o blaskach emigracji, przyjdzie mi teraz podsumować jej cienie. Cóż, pojawiły się wszak głosy, że nie było nic o minusach. Zatem wedle życzenia oto jakie wyzwania stawia przed nami przeprowadzka na Kretę…

ja z rękami uniesionymi do tęczy

Przeprowadzka na Kretę? Zacznę może od kilku „nie da się”.

Otóż:

  • Nie da się tak po prostu przenieść swojego dotychczasowego trybu życia w nowe miejsce. Codzienność na emigracji będzie inna niż w kraju.
  • Nie da się wszystkiego wygooglować, nie da się wyczytać do cna wszystkich internetów, wypytać na każdą okoliczność „tych, co już to zrobili”.
  • Nie da się przygotować idealnego planu, nie da się wszystkiego przewidzieć i zabezpieczyć na każde ryzyko. Mnóstwo rzeczy nas zaskoczy zarówno negatywnie, jak i pozytywnie.

Polacy mieszkający na wyspie mają przeróżne życiowe historie, rozmaite ścieżki dotarcia do chwili obecnej, różne zajęcia, umiejętności, aspiracje, status rodzinny i finansowy, podejście do innych ludzi i do miejsca, w którym żyją.

Więc każdy z nich da Wam zupełnie inny obraz emigracyjnej codzienności, od każdego dostaniecie zupełnie inną „kretę”, zbudowaną na ich doświadczeniach.

Każda z tych historii będzie prawdziwa, a jednocześnie żadna z nich nie musi być Waszą historią.

Niestety niczego nie dowiemy się, jeśli sami nie sprawdzimy. Ot, taka mądrość odwieczna…

Przed naszą akcją ” przeprowadzka na Kretę ” nie radziliśmy się nikogo, znaliśmy już te historie o greckim kryzysie, biurokracji i ciężkich zimach. Po prostu przyszedł czas na nową przygodę w naszym życiu. Uznaliśmy, że spełniamy wreszcie warunki brzegowe. Mamy pomysł na siebie – zrodzony z marzeń projekt CreteYourLife i mamy wystarczające zaplecze finansowe. Nie chcieliśmy dłużej zwlekać, bo przecież kasy nigdy dość, więc może by jeszcze trochę pozarabiać, a potem jeszcze trochę i tak w nieskończoność.

Przestaliśmy wreszcie szukać powodów, żeby nie jechać. Zaczęliśmy raczej szukać w sobie siły, żeby jechać pomimo problemów, z którymi przyjdzie się zmierzyć.

ja patrzę na souda plażę

Przeprowadzka na Kretę – minusy emigracji

Oto nasze minusy emigracji, widziane tylko i wyłącznie z naszej perspektywy. Niektórzy pewnie uznają je za wystarczające by pozostać w kraju, dla innych być może będą warte podjęcia wyzwania pod hasłem przeprowadzka na Kretę.

retimno sztormowa pogoda

1. „Zimą zimno, latem spiekota”

A co tam, zacznę od tego, bo temat pogody zawsze aktualny

Nasi goście dziwią się na widok czarnego 1000 litrowego zbiornika na olej opałowy na dachu naszego domu. Stojąc w upale sierpniowego słońca nie wierzą w nasze opowieści o wilgoci i zimnie. Cóż, ten czarny zbiornik to nasze kochane zimowe olejowe ciepełko, kosztowne ale czyniące cuda. Widok małej cysterny Markosa wjeżdżającej na naszą uliczkę oznacza dla nas ubytek 700 euro, ale jednocześnie błogie ciepło przez całą zimę.

Latem pranie schnie momentalnie a wieczory mijają leniwie, dając wytchnienie od dziennego skwaru. Jak to więc możliwe, że z nastaniem jesieni sklepy zapełniają się preparatami na zwalczanie grzybów i pleśni oraz urządzeniami pochłaniającymi wilgoć. „Mouchla” (pleśń) to jedno z najbrzydszych słów, jakie tu poznałam. Ciemny osad wkrada się w wilgotne kąty domów i zziębnięte dusze ich mieszkańców.

Latem sprawdzam w prognozie czy będzie wiało, zimą – czy będzie lało i grzmiało. Nie, nie nazwałabym klimatu Krety łagodnym. Pogodowa specyfika kreteńskiej zimy kryje się w moich dwóch podręcznych szufladach, w jednej polary, czapki i szale, w drugiej kąpielowe ręczniki i kostiumy. Wczoraj grad i ulewa, dziś tęcza na czarnym, burzowym niebie, jutro kąpiel w wodach Plakias. Przemierzając tą samotną górską wyspę, pośród bezmiaru mórz, można doświadczyć kilku stref klimatycznych i przyrodniczych.

Czeka tu moc pogodowych wyzwań, takich jak niedawne, dramatyczne podtopienia, grad, ulewy porywające ludzki dobytek, ulice i mosty. I jeszcze te drobne konsekwencje pogodowej dynamiki jak nagłe zaniki prądu, błyskanie lamp podczas burzy, osuwanie ziemi, szemrzący strumyk na dojazdowej uliczce.

No właśnie, co z tym prądem…. i tu przejdę płynnie do pkt 2 czyli:

magda zbiera zioła radikio

2. „Pomocy! Gdzie jest pan heniek – złota rączka, ten co wszystko potrafi naprawić ?! ” czyli awaryjne know – how

Bo wiecie, w PL to wiadomo było z czym do kogo zadzwonić po pomoc. A tu poszukiwanie Nikosów i Manolisów na różne upierdliwości życia codziennego to dla nas wciąż nowa, powoli przyswajana wiedza.

Chociażby gdy nagle zanika prąd, to nigdy nie wiemy czy to dotyczy całej wioski, czy może tylko naszego domu. Nie możemy też nigdzie zadzwonić bo w chałupie nie ma sygnału komórkowego. Ani ogrzewania, ani ciepłej herbatki, ani internetów oczywiście. Więc idziemy wtedy na wioskę sprawdzić. Cieplutko się ubieramy i bierzemy parasolkę. Bo to kawałek. A zimno i leje. Sprawdzamy z reguły u Varvary w kafenio, tak jak to było na wiosnę, przed lockdownem.

-Echete revma? (czy macie prąd) – się grzecznie pytamy

– Oxi, den exei kienourgia grammata (nie, nie przyszły żadne nowe rachunki za prąd) – odpowiada Varvara z uśmiechem i pyta po chwili czy może byśmy się kawki nie napili.

Więc siadamy i tłumaczymy, że o prąd nam chodzi, nie o rachunki. Aaaa, no jest prąd w kafenio i jako dowód Varvara zapala światło.

Oj, niedobrze, gdzie by tu zadzwonić. Varvara parzy elliniko i mówi, że Michalis (jej mąż) zna Sifisa, tego co mieszka koło Nikosa ogrodnika. I ten to będzie wiedział

W międzyczasie dzwonimy do DEI (takie tutejsze Innogy), gdzie gadają do nas po grecku i każą podać jakiś nasz kod z rachunku. Więc składamy te greckie literki z rachunku i jest. Mamy kod. Pierwszy sukces. Pani nie stwierdza pod tym adresem żadnej awarii. Ale tymczasem Michalis nam donosi, że ten Sifis, co się na tym zna (tha ftiaksei revma) będzie naprawiał, bo cała górna wioska nie ma prądu. I dobrze, że to zgłosiliśmy. Uffff…. I może byśmy się raki napili. Varvara donosi lachanodolmades (liście kapusty nadziewane ryżem i miętą) i spanakopitę. Więc siedzimy sobie. Cieplutko. Michalis dorzucił wielki oliwny konar do kominka. Przejeżdżają nasi sąsiedzi, też expaci z Luxemburga. Tak, też chętnie się napiją. No właśnie, też nie mają prądu. Umawiamy się wszyscy z Varvarą na zbieranie chorty (dzikiej zieleniny) u niej na polu, jak się poprawi pogoda.

No i teraz nie wiem, wyszedł mi plus z minusa 🙂Tak bywa. Okazuje się na przykład, że pan, który czyni cuda, naprawiając zepsuty piec, nosi niebiańskie imię Nektarios a Christos ze sklepu z farbami, który robił u nas podłączenie do zmywarki gra na lauto w zespole muzyki kreteńskiej. Rok później zagra z chłopakami na naszym koncercie flamenco na placyku z fontannami w Spili, tuż przy urzędzie KEP czyli takim „urzędzie obsługi obywatela”.

I w ten sposób przejdę do punktu 3, przy którym być może pójdzie mi lepiej i minus pozostanie minusem?

ja na schodach z napisem I am totally illegal koszty życia na krecie

3. „Zobaczycie, nic wam się tam nie uda załatwić” czyli grecka biurokracja

Jesteśmy tu niecałe 3 lata. Co udało nam się załatwić? Udało nam się: kupić dom, założyć rachunek w greckim banku, przerejestrować auto na greckie tablice, zarejestrować firmę, zdobyć licencję turystyczną, ubezpieczyć, wyrobić karty rezydencji.

Nie zrobilibyśmy tego wszystkiego samodzielnie. Już samo przeglądanie greckich formularzy przyprawia mnie o mdłości.

Kiedyś już o tym pisaliśmy, ale powtórzymy znów. Ponieślibyśmy druzgocącą klęskę, zgubieni w gąszczu greckich przepisów, gdyby nie świetna prawniczka Amalia i dociekliwa księgowa Katarina. Prowadziły nas nie raz z teczką niezrozumiałych formularzy a to do banku, a to do sądu, a to do urzędu ubezpieczeń, a to do KEPu właśnie. Powolutku przędziemy swoją nitkę w tym zawiłym systemie, z akcentem na powolutku, a Amalia i Katerina pozostaną naszą mitologiczną Ariadną w tym labiryncie.

Mamy też jedną zasadę, gdy wchodzimy do jakiegokolwiek urzędu: uśmiech na gębie i prośba o pomoc. To my musimy dostosować się do panujących tu warunków, nie odwrotnie.

A system? Dawno nie widziałam takiego bałaganu w urzędach, stosy dokumentów piętrzą się na starych, drewnianych biurkach a pomiędzy papierami obowiązkowa kawa na wynos w plastikowym kubku z wieczkiem. Kilka miesięcy oczekiwania na licencję, na rejestrację firmy, rok oczekiwania na kalkulację składki. Sukcesy i potknięcia, zaskoczenia i zadziwienia.

Ostatnio załatwialiśmy sprawy związane z ubezpieczeniem w zabałaganionym urzędzie gdzieś w Retimno. Pani urzędniczka żuła gumę i stukała jednym palcem w klawiaturę. Nasze pieczołowicie zgromadzone przez Katerinę dokumenty rozłożyła na pięciu stosikach. Ogarnęło mnie przerażenie i zniechęcenie. Pomyślałam, że sukces w załatwieniu tej sprawy jest kompletnie nieosiągalny. Za rok nas wezwą i stwierdzą, że brakuje jakiegoś dokumentu. Zwłaszcza, że pani zażądała osobnego tłumaczenia na grecki międzynarodowego dokumentu aktu małżeństwa z tzw apostilem. Na odwrocie dokumentu każde pole było już przetłumaczone na kilka języków, w tym na grecki. Nie wiedziałam, jak można bardziej przetłumaczyć z greckiego na grecki, więc wciąż nie zdejmując uśmiechu z gęby, wskazałam pani te tłumaczenia. Wzruszyła ramionami i zniknęła na długo przy xero. Wróciła, postukała w komputer i wciąż żując gumę rzekła do nas, że zmiany, o które zawnioskowaliśmy zostały wprowadzone do systemu i wszystko jest już załatwione. I już. Ot tak…

Czasem nas system zaskoczy.

Czasem bywa zabawnie, jak u pani notariusz, która nie mogła opanować śmiechu, próbując wpisać greckimi literami imię mojego Taty: Zdzisław.

Albo, gdy Manolis z KEPu woła do mnie od progu „koukla” (lala) i zaprasza na czekoladę, podbijając wzór podpisu.

Albo na policji rok temu przy wyrabianiu karty rezydenta, gdy po załatwieniu formalności rozmowa zeszła nam na sierpniowe zabawy panigiri, bo w tym roku oczywiście smuta, wszystkie panigiri odwołane, a chciałoby się z kimś spotkać, pośmiać, potańczyć… Choć najbardziej chciałoby się pogadać… o tak, spotkać się z bliskimi i pogadać…

Zatem pkt 4, myślę, że najbardziej bolesny

kobieta na polnej drodze wśród zieleni

4. „tu zawsze będziesz kseni (obca)”

Rodzina, bliscy i przyjaciele zostali w PL. Tak, piszemy do siebie na messengerze, wysyłamy zdjęcia, czasem gadamy online. Ale to nie to samo. Tak jakby ekran komórki zniekształcał mimikę i wygłuszał to, co między słowami. Wiem, że spędzają razem czas, śmieją się, piją wspólnie winko przy wyśmienitej biesiadzie, beze mnie. Wiem, że przeżywają ciężkie chwile, stoją przed trudnymi wyborami i decyzjami, ale ja jestem tak daleko. Widzimy się raz, dwa razy do roku, gdy przylecą tu na Kretę, albo my odwiedzimy PL. Och, tyle wtedy jest chaosu w tych szybkich spotkaniach, żeby zdążyć przed rozstaniem, wspólny czas mija szybko i niepostrzeżenie. Wiedziałam, że tak się stanie, że nie może być inaczej. Tak wybrałam. To jedna z konsekwencji jaką niesie ze sobą przeprowadzka na Kretę.

Jednocześnie przeraża i zachwyca mnie myśl, że jesteśmy tu sami, w małej, górskiej wiosce, ja i Marek, ekspaci z jakiejś odległej Polski, mili, uśmiechnięci, życzliwi, nawet można się z nami dogadać, ale cóż… nie zagramy w karty z dziadkami z kafenio, nie rozbawią nas ich dowcipy, nie pokłócimy się o poglądy polityczne, nie wygarniemy Spirosowi, żeby ciszej gadał. I być może tak już zostanie, bo jesteśmy „kseni” (obcy), jesteśmy „odklejeni”.

Wiem doskonale co się dzieje w Polsce, wiem, dlaczego kobiety malują błyskawice na policzkach, wiem za co wywalili chłopaka z TopModel, wiem dlaczego Kult sprzedał cały nakład płyt… Wszystkie te informacje przyklejają się do mnie, budzą emocje i reakcje. Nie mieszkam w PL i nie oglądam polskiej telewizji, mimo to …wiem.

Za to grecka rzeczywistość polityczna i społeczna dociera do mnie jedynie w ułamku, niewielkim strzępku informacji, niedokładnie przetłumaczonej przez googla, przez nikogo niewyjaśniona, nie opatrzona komentarzem, tyle, że lockdown, czy go przedłużą, że wlepili komuś karę, że nowe przypadki, że anomalia pogodowe, chaotyczne, wyrwane z kontekstu greckie linki z neta, tyle, ile potrzeba do życia, nie więcej.

Czy to rzeczywiście minus? W jednym z komentarzy pojawiła się ta piękna myśl:

„W Polsce jestem bombardowana bezużyteczną, zbędną informacją, która mnie otacza bez mojej woli, czy to przez TV (niekoniecznie w domu), rozmowy ludzi na ulicy lub w sklepach. Ciągle jestem poddawana szumowi informacyjnemu. Mieszkanie na emigracji to wolność od nieistotnych treści. Można się skupić na tym, co dla Ciebie wartościowe.”

Wolność od informacyjnej papki, siejącej lęk i zwątpienie… – są jednak zalety bycia odklejonym.

Czy z bycia kseni coś jeszcze wynika?

Dwie niezwykłości:

Po pierwsze: gdy tak siedzimy z Markiem na pustej plaży Ligres, uświadamiam sobie, że nigdy przedtem nie byliśmy tak blisko, ja i on, obok siebie, jedyni obcy w okolicy, razem w ciszy, razem w rozmowie, razem w pracy…

Po drugie: nigdy przedtem nie spotkaliśmy tylu nowych, niezwykłych osób na naszej drodze.

To nasi goście z Polski, z którymi w sezonie wędrujemy, biesiadujemy, raczymy się kreteńskim winkiem na naszym tarasie pod orzechem włoskim. Ileż dyskusji wysłuchało to drzewo, o zmianie, o spełnianiu marzenia, o koleinach, w których nieświadomie tkwimy… Nie pamiętam kiedy doświadczaliśmy z taką intensywnością inspirującej wymiany myśli.

To również bratnie dusze rozsiane po tej wyspie, do których rwą się nasze serca. Mieszkamy w różnych miejscach wyspy, więc nie mogę, ot tak sobie, wyjść z domu i zapukać do ich drzwi. Ale wiem, że są, może właśnie zbierają oliwki, albo kapią się w morzu, niech no minie ten lockdown i znów przyjdzie czas spotkań, wygłupów i fascynujących rozmów.

No właśnie, kiedy ten świat znormalnieje… tu wkrada się kolejny punkt, a mianowicie:

ja na skale triopetra

5. pewna jest tylko niepewność, czyli jest praca, nie ma pracy, jest kasa, nie ma kasy

Czy muszę tu cokolwiek dodawać? Moje dawne życie na korporacyjnym złotym łańcuszku przyzwyczaiło mnie do ciepłego, comiesięcznego strumienia pieniędzy. Zdecydowałam się zerwać złoty łańcuszek i eksplorować nieznane mi dotąd lądy. Wiedziałam, że nie będzie mi łatwo zrezygnować z komfortu. Z wielkim trudem odwracałam wzrok od bijącego kasą źródełka. I zdarzało mi się popatrzyć tęsknie w jego kierunku.

W 2019 zrozumiałam, że będą miesiące sezonowej intensywnej pracy, żołnierskiej dyscypliny i będą miesiące ciszy, samotnych zimowych spacerów i przygotowań do nowych projektów na kolejny sezon.

W 2020r. większość nowych projektów wylądowała na śmietniku, chaotyczny, intensywny sezon trwał 3 miesiące, a po nim nastąpił czas kiszenia kapusty, wypieków i szukania tęczy. 2020r. nauczył nas maksymalnej elastyczności, tak by w każdej chwili być gotowym odpowiedzieć na zapytanie typu: „Dziś przylecieliśmy na Kretę, czy jutro można się z Państwem wybrać do Kourtalioti?”

Przeprowadzka na Kretę – co dalej?

Co przyniesie 2021? Pewna jest tylko niepewność.

Pewnie znów powoli odgrzebiemy nasze projekty, sprawdzimy po zimie nasze szlaki, próbując iść za naszym marzeniem w świecie zmiennym jak znikająca ścieżka na dnie wąwozu.

Muszę też przyznać, że covidowy czas uświadomił wielu osobom możliwości pracy zdalnej. Czy to nie cudowny wynalazek? Jeśli pracujecie on – line, Wasze biuro może być wszędzie, byleby wifi udźwignęło Wasze potrzeby a budżet wytrzymał zimowe ogrzewanie. Czy to nie nęcąca myśl dla każdego, kto odkrył w sobie duszę nomada?

Przeprowadzka na Kretę – pięć punktów… Starczy. Zwłaszcza, że jak widzicie minusy w moim wydaniu chytrze dokładają sobie pionową pałeczkę i dalej paradują w pozytywnym, plusowym przebranku.

Pewnie ominęłam sporo negatywów, jakie niesie za soba przeprowadzka na Kretę.

Być może fascynatów sztuki wyższej nie zadowoliłyby sierpniowe ludyczne zabawy z kreteńską rzępołką i tańcami w korowodzie. Być może smakosze polskiej kuchni nie zdradziliby mielonych dla keftedakia, ani gołąbków dla dolmades…

Być może miłośnicy prostych dróg szybkiego ruchu, otoczonych ekranami dźwiękoszczelnymi nie pokochaliby kreteńskich, wąskich bezdroży.

Pewnie mogłabym napisać o braku dostępu do polskich teatrów, spektakli, koncertów, kursów tańca hula, warszawskich imprez z muzyką na tybetańskie gongi i dzwonki koshi…

A propos’ dzwonków koshi. Wiecie, że dzwonki owiec, które pasą się tuż pod oknem naszej kuchni wydają dokładnie taki sam dźwięk jak koshi?

ja w wodzie na agia fotinari
Follow CreteYourLife:

Latest posts from

Leave a Reply