Bajka o (nie)grzecznej dziewczynce

with Brak komentarzy

Chciałam Wam opowiedzieć o kościółkach bizantyjskich z moich okolic. Ale jednak nie. Opowiem Wam o nich innym razem. Bo gdy tak sobie stałam przed XIV wiecznym freskiem a mój telefon pulsował kolejnymi wiadomościami z protestu kobiet, przyszły do mnie znienacka refleksje i to pytanie: Co ja właściwie robię w tym kościółku? Czego ja tu szukam? I jeszcze to wspomnienie z odległego dzieciństwa i niedawnej młodości.

ja na klifie nad plakias

– Jaką bajkę ci dziś opowiedzieć? – pytała mnie codziennie moja świętej pamięci babcia, stawiając na stole ciepłe kakao do kolacji

– Taką o wesołym chłopcu – zawsze odpowiadałam tak samo.

Instynktownie czułam, że bycie wesołym rozrabiaką przynależy chłopcom, dziewczynkom pozostaje z reguły nudna rola grzecznej laluni. Bajki o wesołym chłopcu tchnęły humorem, swobodą i dziecięcą ciekawością. Chłopczyk napotykał różne przeszkody, tu się ubrudził, tu przewrócił, wlazł w dziurę, rozbił kolano, ale potem otrzepał się, zagwizdał i poszedł dalej ku nowym przygodom. Ot tak, bez żadnej większej rozkminy.

A bajkowych dziewczynek z reguły było mi szkoda. Miały być ostrożne, przewidujące, byleby nie ubrudzić sukienusi, nie potargać fryzury, nie narobić problemów, najlepiej czekać na księcia, wybawcę, myśliwego, żabę do pocałowania. Pippi owszem była super, ale nie wpisywała się w kanon dziewczęcych piękności, no i jeszcze ten dziwny fartuszek i skarpety. Dziwoląg taki. Ech, tak źle i tak niedobrze.

ja w labiryncie z kamieni na małej triopetrze

Też byłam kiedyś grzeczną dziewczynką. Nie sprawiałam żadnych problemów. Uczyłam się pilnie i idealnie wpisywałam się w tło.

Jak wszystkie dzieci ze szkoły, tak i ja chodziłam wtedy do kościółka. Nie rozumiałam tego miłego zmiękczenia „kościółek”, zamiast surowego słowa „kościół”. Olbrzymi, betonowy gmach, w wiecznej budowie, na warszawskim komunistycznym osiedlu, nijak nie dawał się ugłaskać i pomniejszyć do dziecięcych rozmiarów. Było tam zawsze zimno, ludzie wstawali, siadali, klękali automatycznie, ich głosy łączyły się w dziwną melorecytację, pozbawioną normalnej melodyki, ksiądz podnosił biały krążek i mówił przerażające dla mnie wtedy słowa „Oto ciało Chrystusa”, wszyscy opuszczali głowy i ja też.

Czy będę nadal grzeczną dziewczynką jeśli powiem, że mi się nudzi? Czy mi wolno zapytać dlaczego muszę tam tyle stać?

Zapytałam kiedyś i dowiedziałam się, że mogę swoje zmęczenie i nudę, swój ból nóżek ofiarować temu, który wisi dla mnie na krzyżu. On znosi dla mnie tyle cierpienia a ja mogłabym poświęcić mu chociaż godzinę. Wielki wyrzut sumienia narodził się w moim dziecięcym sercu, by pozostać w nim i pulsować przez długie lata. „Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina” Ileż pytań kłębiło się w mojej niewinnej głowie, jednak nie umiałam już ich zadać. Myślałam, że jeśli zapytam, to z pewnością kogoś zawiodę, bo przecież wszystko powinno być dla mnie takie oczywiste. Więc nie pytałam.

I tak oto stoję w kolejce dzieci do pierwszej spowiedzi przed komunią świętą. Międlę w drżących dłoniach białą, maleńką książeczkę do modlitwy, którą dostałam od siostry katechetki. Wstążką zaznaczyła w niej rozdział pt Rachunek sumienia. Nigdy nie przeczytałam go do końca. Był dla mnie zbyt przerażający. Lista grzechów rosła i rosła, a przecież wydawało mi się, że mam ich tylko kilka. Powtarzam więc te grzechy w pamięci razem z formułką spowiedzi. On wisi tam na tym krzyżu. Czy na prawdę jestem aż tak zła i winna? Musiałam zrobić coś naprawdę strasznego. Może jednak czegoś nie wiem. Czegoś bardzo ważnego? A inne dzieci w kolejce? Też się boją? Może nie mają tylu grzechów co ja? Może wierzą bardziej ode mnie? Co zrobić żeby wierzyć mocniej? Bardzo się staram. Tak trzeba. Ale mi nie wychodzi. Coś jest ze mną nie tak.

Jakąś dekadę później jako młoda dziewczyna stoję znów w kolejce do spowiedzi, tym razem przedmałżeńskiej. Nie denerwuję się specjalnie. Nawet mi nie doskwiera dosłowność tej sytuacji: drewniany konfesjonał, klęcznik, zakratowane okienko, zwisający skrawek materiału do pocałowania na koniec. Tak trzeba. Może trafię na „mądrego księdza”. Klękam z niezrozumiałą ufnością.

– Co ty teraz dziewczyno podarujesz swojemu mężowi, którego masz poślubić? Przecież ty już nic nie masz mu do zaoferowania. – ze łzami w oczach odchodzę od konfesjonału, staję w kościelnej ławce, płaczę. Nie chcę już tu przychodzić, bardzo nie chcę. Już tu nie przyjdę. No może jedynie poza tymi momentami, kiedy „trzeba”.

Idę na obowiązkowe nauki przedmałżeńskie. Tak trzeba. Siostra zakonna tłumaczy, co prowadzi do problemów w małżeństwie.

– Skoro mąż wraca do domu i widzi tam żonę, która wygląda jak kocmołuch, nieumalowana i niezadbana, to jak wy to sobie wyobrażacie, że on będzie zadowolony?

Młoda dziewczyna z chłopakiem przytakująco kiwają głowami. Tak trzeba.

Bierzemy ślub kościelny, chrzcimy dziecko, nawet bezrefleksyjnie posyłamy je na religię i do pierwszej komunii świętej. Bo tak trzeba. Bo tak jest też łatwiej. I żeby on potem miał łatwiej. W kościelnych strukturach i ceremoniach nie poszukujemy duchowości. A może wtedy jej specjalnie nie potrzebujemy. Nie chodzimy na msze i nie przyjmujemy księdza po kolędzie. Przez długie lata tkwimy w takiej hipokryzji, ale nie przeszkadza nam to, nie zastanawiamy się nad tym. Zajęci jesteśmy zwykłym życiem. Urządzamy się w nim po swojemu, szukamy szczęścia, miłości, rozwoju, dobrobytu, tolerancji, przestrzeni. Szukamy po swojemu. I odnajdujemy powoli naszą własną ścieżkę. Nawet duchowość przychodzi do nas z zupełnie innej, świeckiej strony.

Nie wiem kiedy znika wyrzut sumienia, kiedy rozmywa się „tak trzeba”, kiedy pojawia się „tak można”.

Tak, można być wesołą dziewczynką. Taką, która napotyka różne przeszkody, tu się ubrudzi, tu przewróci, wlezie w dziurę, rozbije kolano, ale potem otrzepie się, zagwiżdże i pójdzie dalej ku nowym przygodom. Byleby jej nikt nie przeszkadzał…

ja w płetwach na leżaku na plaży

Gdy dziewczyny protestują na ulicach polskich miast, ja na swojej kreteńskiej ścieżce spotykam „kavri” czyli słodkowodnego kraba. Właśnie gapi się na mnie dziwnymi ślepiami na słupkach i maszeruje w bok, prosto w kępy szałwi.

Co ty tu robisz, gościu? Gdzie mieszkasz? Wszak słodkiej wody tu niewiele, za to słonej w bród.

Przeszukuję informacje na temat kreteńskich osobliwości i oto mam. Otóż, okazuje się, że dalecy przodkowie tego stworzenia zamieszkiwali słone, morskie wody. Skąd pomysł, żeby zamienić rozległe morskie posiadłości na wąskie, ciemne tunele nad brzegami strumieni i potoków? Po cóż wam krabikom było to potrzebne? Odpowiedź na to pytanie pozostaje wciąż tajemnicą.

Czytam też, że krabowi chłopcy, choć niby więksi od dziewczyn, wolą nie oddalać się zbytnio od swojej wilgotnej kwaterki.

Za to dziewczyny, wręcz przeciwnie, lubią przygody i po jesiennych deszczach chętnie eksplorują odległe krainy z dala od domu. Nie straszne im ostre skały i kolczasta roślinność.

Prawdopodobnie ta babska ciekawość pozwoliła ich przodkom opuścić morskie odmęty i nauczyć się żyć w zupełnie nowym, lądowym środowisku.

Brawo dla krabowych rebeliantek

krab
Follow CreteYourLife:

Latest posts from

Leave a Reply